Często się zastanawiam, jak bym postąpił, gdyby na mojej drodze stanął Donald T. Z pewnością dużo zależałoby od samej drogi, czyli mówiąc mniej metaforycznie od okoliczności spotkania. Wyobrażanie sobie Donalda T. otoczonego wianuszkiem ochroniarzy w centrum Warszawy lub Nowego Yorku byłoby dla mnie poznawczo jałowe. Nudna oczywistość, szkoda na to mózgowych zwojów.

Jakże inne, jak dużo bardziej myślowo płodne może być kreślenie obrazu Donalda T. stającego przede mną gdzieś w polnej głuszy, na rozstaju piaszczystych dróg. Na lewo łany zbóż – powiedzmy pszenicy albo kukurydzy, na prawo, jak okiem sięgnąć chabry i maki, a może opuncje i oleandry. Żywego ducha wokół, tylko my dwaj. On i ja. On całkiem nagi. Jak ten król.

Do tego obrazu jeszcze wrócimy. Donald T. musi na chwilę ustąpić miejsca osobie z innego świata i z innego porządku. To ktoś, kto nie jest władcą mojej wyobraźni, a co szczególnie ważne, w ogóle nie jest władcą. To profesor Ellen Langner, psycholog społeczny na Harvard University, osoba, która przykuła moją uwagę na dobrych parę godzin. A nie jest to łatwe, bo jak się jest na manowcach to o skupienie trudno. Myśli się plączą, skaczą, pikują, krążą i odbijają od siebie.

„Dopóki mózg jest aktywny, ciało trzyma się dobrze”. To hipoteza badawcza, którą Ellen Langner próbuje udowadniać w swoich pracach. Jeden z jej eksperymentów badawczych został przeprowadzony w domu opieki nad seniorami. Jego mieszkańcy zostali podzieleni losowo na trzy grupy. Pierwsza, przez kilka miesięcy dostawała do rozpracowania realne problemy. Druga grupa otrzymywała do rozwiązania proste zagadki. Trzecią raczono jedynie ćwiczeniami relaksacyjnymi.

Zgadniesz, w której grupie kondycja fizyczna utrzymywała się na najlepszym poziomie? To łatwa zagadka, więc możesz ją sobie odpuścić. Jeśli chcesz żyć zdrowo, szukaj trudniejszych zagadek i większych wyzwań. Umysłowa beztroska i intelektualna gnuśność – tak to wynika z badań Ellen Langner – zagrażają życiu. W trzeciej grupie seniorów, tej relaksowanej, podatność na choroby była zdecydowanie największa. W zdrowym ciele zdrowy duch? Tak, ale przede wszystkim zdrowe ciało tam, gdzie zdrowy mózg.

Co z tym wszystkim wspólnego ma Donald T.? Spokojnie, zaraz do tego dojdziemy.

Chyba, że wolisz skorzystać z okazji, żeby rozruszać swój leniwy mózg i na to pytanie odpowiesz sobie sam? I nie, nie obrażam cię. Wszystkie nasze ludzkie mózgi – nie tylko twój - są leniwe. Nie muszą, to nie pracują. Ewentualnie szukają jakiegoś łatwego zajęcia. Przez dziesiątki tysięcy lat pracowały non stop. Kombinowały jakby tu zdobyć coś do zjedzenia i jak nie dać się zjeść. Szukały okazji, żeby choć trochę odetchnąć, ale z mizernym skutkiem. Teraz to się zmieniło.

Zaraz, zaraz, a kto to taki próbował jakąś dekadę temu podnieść nam wiek emerytalny? No kto? Czy to, aby nie Donald T.? Czy nie chodziło mu przypadkiem o to, żebyśmy wszyscy dłużej pracowali, dłużej zmagali się z problemami, a tym samym dłużej żyli? No nie, jednak nie o to tu chodzi i nie o tym Donaldzie T. tu mowa. Takie proste to nigdy w życiu nic nie jest. Fałszywy trop. Manowce.

Wielkim zwolennikiem hipotezy, o pozytywnym wpływie aktywności mózgu na kondycję fizyczną jest prof. Dariusz Doliński z SWPS. W jednym z popularnych podcastów z pasją opisywał eksperyment na szczurach. Osobniki rozleniwiane łatwo dostępną karmą, żyły o wiele krócej niż te, które – żeby się posilić – musiały przemierzać skomplikowany labirynt. Wniosek wciąż ten sam. Chcesz długo i zdrowo żyć? Ruszaj głową. Zastanów się na przykład, co na polnej drodze mógł robić nago Donald T.

Czujesz się jak szczur w labiryncie? Przepraszam i uspokajam, do niczego nie przymuszam. Tylko przypominam, że jak wynika z badań, labirynt to całkiem zdrowe środowisko. Nie tylko dla szczurów. Choć – przypomnę raz jeszcze – od abstrakcyjnych zagadek, zdrowsze są realne problemy. Na przykład taki: jak uratować przed upadkiem gnuśną, rozleniwioną, sytą, gubiącą swoje mięśnie Europę? Kto zna odpowiedź? Tak właśnie: nasłać na nią Donalda T. Tylu mobilizujących wyzwań, od dekad nie dostarczył Europie jeszcze nikt.

Gdybym na swojej drodze spotkał Donalda T. pomyślałbym, że odczuwam z nim pewną więź. On stałby przede mną w tym swoim obszernym, granatowym garniturze, w marynarce z rękawami do kolan, w czerwonym krawacie do kostek, a jednak całkiem obnażony. Popatrzyłbym mu głęboko w te jego chyba niebieskie, bo słabo widoczne spod płowej, metrowej grzywy oczy i dodał – witaj Trumpie na manowcach*.